13 października 2017

Rozdział 70

Lucy otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, kiedy przypomniała sobie, jak ogromne znaczenie ma dla smoków słowo „starożytny”. Ich cała kultura, zwyczaje i prawa opierały się na tym, co ich przodkowie pozostawili po sobie. Czcią otaczano poległych w Wielkiej Bitwie, która rozpoczęła się okrągłe tysiąc lat temu, dziesiątkując potężną rasę.
Oniemiała.
Skoro ktoś nazwał smoka „starożytnym”, musiało to oznaczać, że stojący przed nią przedstawiciel gatunku był jednym z najstarszych i najpotężniejszych władców, którzy przeżyli wszystkie wojny, kataklizmy i inne nieszczęście.
Nie wierzyła w zaszczyt, które dostąpiła.
— Wstań, dziecko — rozległ się głos w jej głowie.
Nikt nie zareagował. Lucy zaczęła obawiać się, że rozkaz był skierowany do niej. Niepewnie podniosła, wciąż jednak mając opuszczoną głowę ku ziemi.
Smok zaśmiał się.
— Moja siostra skonała przed twoim obliczem — rzekł Starożytny. — Weilora została pobłogosławiona spokojną i szczęśliwą śmiercią. Ujrzała ciebie przed nieuchronnym końcem, więc jestem wdzięczny, Lucy.
Nim Lucy zdołała wydukać z siebie choć jedno słowo, szpony smoka zacisnęły się na jej talii. Wrzasnęła. Serce zatrzymało się na moment, by później wybuchnąć w piersi. Ekscytacja i strach wypełniły ją nigdy dotąd. Chłodny wiatr porywał jej włosy we wszystkie strony. Choć pragnęła patrzeć oczami smoka, lecieli zbyt szybko. Starożytny porwał ją w niebiosa, lecąc między górami Ha In, gdzie leżały krainy, których widok był obcy nawet mieszkańcom kontynentu. Mgła otaczała przestrzeń między kolejny wzniesieniami, pozwalając oczom śmiertelnika dostrzec jedynie biały puch okalający lite skały.
Starożytny skrzydłami zdmuchnął śnieg, zataczając pełne koło przez wylądowaniem w głębokiej kotlinie. Ptaki odleciały z drzew wystraszone nagłym pojawieniem się smoka, a zwierzyna spłoszyła się. Smok zionął ogniem, tworząc spalony krąg, na którym usiadł. Wypuścił Lucy ze swoich szponów.
Dziewczyna zachwiała się, po czym upadła na niezniszczoną część trawy.
Smok okręcił się w miejscu, uderzając o znajdujące się w pobliżu skały. Pojedyncze fragmenty opadły tuż obok Lucy. Zasłoniła się rękoma, jakby miało to coś jej pomóc. Jednak już po chwili strach przeminął. Czysty podziw pięknem smoka wziął górę nad wszystkimi emocjami i uczuciami, które wcześniej pochłaniały serce Lucy. Podeszła do bestii, dotykając jej przepięknych, mieniących się w promieniach słonecznych łuskach o kolorze wyblakłej czerwieni. Siwe włosy opadały swobodnie z głowy Starożytnego, kołtuniąc się na końcach. Pysk miał długi, zakończony dwoma kłami wystającymi z ust.
Wyglądał inaczej niż Rin Ko, ale nadal był piękny i majestatyczny. Powodował zachwyt, który nie mógł się równać z niczym innym na tym świecie.
— Już się przyjrzałaś?
Lucy odskoczyła.
— Przepraszam. — Pochyliła nisko głowę. — Nie chciałam obrazić.
— Nie obraziłaś, moja droga — odpowiedział, po czym westchnął ciężko, jakby ze znużenia życiem. — Dawno już tu nikogo nie gościłem…
— Przepraszam, o Starożytny — ponownie skłoniła się — ale mogę zapytać, dlaczego przyprowadziłeś mnie na zakazane tereny?
— Zakazane? — Prychnął. — Tysiąc lat temu istniał tu przepiękny pałac wielkiej królowej smoków, niech bogowie mają w opiece jej duszę, panował urodzaj i tętniło życie… A teraz są tu zakazane tereny? Pewnie Ro Han wydał taki rozkaz. Zbyt bardzo mu się kojarzą z tamtą tragedią…
— Przepraszam, ale…
—… właśnie z tego powodu cię tutaj przyprowadziłem — odpowiedział, przerywając Lucy. — Pokonałaś króla smoków ognia.
Kiwnęła.
— Ach, tak. Wiedziałem, że w końcu to się stanie. Przepraszam, że wcześniej cię nie zabrałem, ale jest już stary. Moje zmysły to nie to, co kiedyś. Poza tym w ogonie mi już strzyka, a skrzydła zrobiły się takie wiotkie. — Oparł głowę o wystającą skałę. — Od razu lepiej. Podejdź do tamtej groty. — Wskazał łapą na wspomniane miejsce.
Lucy zrobiła to, co jej nakazał. Stanęła naprzeciw wnęki, rozglądając się za czymś, co mogłoby mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie bez powodu tu się znalazła. Aczkolwiek nie dostrzegła niczego szczególnego.
— Czego mam szukać? — spytała w końcu.
— Powiedziałem, żebyś podeszła. Nie mówiłem nic o szukaniu. — Na pysku pojawił się jakby uśmiech. — Młodzi zawsze pragnął czegoś szukać. A może po prostu chciałem, żebyś stanęła w cieniu? Albo zrobiła coś dla zaspokojenia starczego kaprysu?
Zagryzła zęby, próbując powstrzymać od złośliwej uwagi.
— A może powiesz mi, czego tak naprawdę szukałaś? Co chciałaś odnaleźć? — spytał podejrzanie smok. — Przecież wszystko już znalazłaś.
— Nie. — Pokręciła głową. — Nawet nie wiem, kim jestem. Skąd pochodzę, czy mam jakąś rodzinę, przyjaciół, może jakieś dzieci, jaka byłam i co lubiłam? Nic nie wiem…
— Nie zawsze można odnaleźć to, czego się pragnie. Czasem samo musi do ciebie przyjść.
— W takim razie czego dzisiaj szukam? W tym momencie! — podkreśliła.
— Najprawdopodobniej wyjaśnienia tego, co zdarzyło się na polu walki. Dlaczego pokonałaś króla smoków?
Odwróciła się. Starożytny miał rację. Cały czas ta kwestia zaprzątała jej głowę.
— Ja nie mogę powiedzieć ci tego, co powinnaś usłyszeć od kogoś innego — kontynuował — ale moja władza pozwala na odpowiedź, do której nawet nie znasz pytania.
Szponem wskazał na miejsce znajdujące się niedaleko jaskini. Krzaki przysłaniały litą skałę, a gęsto narastająca roślinność całkowicie odbierała Lucy nadzieję, że cokolwiek tam znajdzie. Jednak pomimo własnych wątpliwości, zaczęła odgarniać wszystko, co stało jej na drodze „odnalezienia tego, czego nie szukała”. Miała ochotę prychnął i poprosić o powrót do obozu. Smok wydawał się za stary na myślenie. Podejrzewała, że stary umysł może płatać mu różne figle.
Westchnęła cicho, tak by smok jej nie usłyszał.
Postanowiła nadal szukać, choć oddałaby wszystko za gorącą kąpiel i nowe ubranie. Z tułowia, z rany, którą zadał jej nieznany wojownik, wciąż leciała krew. Na całe szczęście mogła dziękować bogom za to, że krwotok maleje.
Rozległ się brzdęk.
Zamarła niemal na kilka minut, po czym raptownie przyspieszyła przebieranie krzaków. Nie zważała już na ostre gałęzie, chłód, zawstydzenie i niewygodę sięgania po wszystko, co tylko znajdowało się poza jej zasięgiem. W końcu jej wysiłek się opłacił. Dostrzegła zarys rękojeści miecza wbitego w ziemię. Obrastały go pnącza i tajemniczego rośliny zakończone ostrymi szpikulcami, które uniemożliwiały chwycenie za broń.
— Czy mógłbyś spalić rośliny wokół? — poprosiła smoka, najgrzeczniej jak tylko potrafiła.
— Czyżbyś do tej pory nie nauczyła się, że aby coś zdobyć, osiągnąć, należy w to włożyć cały wysiłek? Nic nie nabija się na miecz samo. Wtedy bitwy byłyby strasznie nudne. — Zaśmiał się. — Złap i pociągnij — to rada ode mnie.
Zaczęła coraz bardziej nienawidzić tego smoka.
Aczkolwiek w tych okolicznościach nie pozostało jej nic innego jak tylko wyciągnąć miecz. Spróbowała odgarnąć niewygodnie chwaściory, ale nabawiła się tylko kolejnych zadrapań. W końcu odsunęła się, siadła na ziemi i zaczęła rozmyślać nad innymi możliwościami. Najprościej byłoby to spalić, zgodziła się ze sobą jednoznacznie, ale nie posiadała niczego, z czego można by było wykrzesać ogień.
Może sama spróbujesz? ­— odezwał się głos w jej głowie, pierwszy raz od jakiegoś czasu.
Smutnie spojrzała na skałę. Czy naprawdę narodziła się pod znakiem ognia?
Rin Ko uczył ją, że ogień to życie, niepohamowana i nieprzewidywalna energia, ale także ciepło i miłość. Ogień daje i zabiera… „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz” — mówił jej niejednokrotnie. Nic, co symbolizowało żywioł, nie należało do niej.
— Proszę, pomóż mi — szepnęła, licząc, że w ten sposób przysposobi sobie przychylność ognia.
Ciepło otuliło jej twarz. Cienie zaczęły tańczyć przed nią. Podniosła głowę, wbijając z niedowierzaniem wzrok w gorejące ognisko, które pochłaniało nawet najdrobniejsze liście. Ogień przybiegł do niej w postaci malutkiego królika, wskazując na jej ramię.
W pierwszej chwili zamierzyła się do strzepnięcia płomiennego zwierzęcia, ale nie parzył jej. Niepewnie musnęła palcem do ciepłej, niemal kojącej powierzchni, która przypominała futerko. Zanurzyła się w ogniu.
— „Złap i pociągnij” — właśnie to powiedziałem — wtrącił się smok.
Lucy już wiedziała, co miał na myśli.
Weszła w ognisko, wyciągając rękę ku broni. Chwyciła ją za rękojeść i pociągnęła, przyciągając miecz ku sobie. Czerwone ogniki odcisnęły na nim piętro, pozostając czerwone jęzory na jego powierzchni. Długi, o cienkim ostrzu, zakończonym ostrym szponem. Rękojeść była owinięta mocnym materiałem, który nie ocierał tak bardzo trzymającej go dłoni.
Zamachnęła się, przecinając powietrze. Z nienaturalną lekkością tańczyła wraz z towarzyszem, zbliżając się powoli do smoka. Zatrzymała się, po czym siadła, kładąc przez siebie zdobyty przedmiot.
— Czy on należy teraz do mnie? — zapytała, drżąc. Nie miała pewności, czy faktycznie wyciągnięcie miecza oznaczało jego przywłaszczenie.
— On nie należy do nikogo — odpowiedział. — Cała ludzkość jest jego panem, ale czy cała ludzkość powinna go dzierżyć? — Pokręcił pyskiem. — Nie. Pewnie zostałby tutaj, ale po ma się kurzyć?
— Ale czym on jest?

— Przymierzem.