14 września 2018

Rozdział 99


Lucy stanęła na samym brzegu wielkiej góry. Wychyliła za nią głowę. Ciemność wydawała się spływać ku dołowi w nieskończoność. Z dawnego smoczego gaju pozostała jedynie bezcenna pustka. Starożytny odszedł — jej ojciec i stróż, który nauczył obecną Lucy magii. Bez niej nie poradziłby sobie w tym świecie. Dał jej dom, schronienie, a ona nawet nie podziękowała za wszystko, co zrobił.
Rozpłakała się. Przykucnęła, a potem już tylko opadła na kamienistą, suchą ziemię, zdzierając sobie brzeg sukienki. Tysiąc lat temu ta ziemia rodziła obfite plony. Tysiąc lat temu wyrastało najpiękniejsze drzewo wróżek — złośliwych i upartych, ale kochających naturę i wszystkie żyjące stworzenia. Czy naprawdę zasłużyli na taki koniec? Na zapomnienie? Ostatnia ujrzała koniec własnego ojca, ostatnia postawiła krok w zapomnianej krainie i teraz ostatnia składała im hołd. Dlaczego?
Chwyciła jeden z fragmentów czarnej skały, rozgniatając. Drobny pył wysunął się spod jej palców, niosąc się wraz z cichym wiatrem. Smok powietrza przeleciał nad głową, zasypując świat łuskami. Przyjęła kilka z nich.
Zmieniło się wiele.
Smoki schowały się na czwartym kontynencie, rozprzestrzeniając wśród ludzi plotkę, że rzekomo wyginęły. Wewnątrz panowały wojny. Konflikty zaostrzały się z roku na rok, a za wszystko odpowiadał Ri Han, który upatrzył sobie rolę władcy absolutnego. Część królów poddała się jego sile, pozostali nadal stawiali opór, ale z trudem. Populacja zmniejszyła się, pozostawiając nikłą garstkę tego, co dawniej istniało. Krew smocza zmieszała się z ludzką.
Lucy złapała się za głowę, która rozsadzała się od wewnątrz. Myśli kotłowały się w słabym, ludzkim umyśle, a kolejne blizny wychodziły, paląc wrażliwą na słońce skórę.
— Przecież nie do tego chciałam wrócić — szepnęła.
Smok cienia zadrżał pod jej cieniem. Ręką odgoniła młode. Uciekło w krzaki, szeleszcząc młodymi liśćmi, którymi poruszał wiatr. Jej dziecko też tak wyglądało. Bardziej czerwone i z łuskami, ale nadal smocze. Nie przytuliła córeczki, jak się narodziła. Nie wychowała jej, choć taka powinność na niej spoczywała.
— Myślisz o Xu Li? — odezwał się głos zza jej pleców. — O swojej córce?
Obejrzała się przez ramię — Eric wyszedł z cienia drzewa, trzymając rozłożony koc. Przykrył nim Lucy. Wydobywające się z ciała ciepło wystarczało jej, ale nadal z przyjemnością wtuliła się w puszysty kocyk.
— Jaka była?
Przysiadł obok Lucy.
— Prawda czy kłamstwo? — zaproponował.
— Prawda, błagam, tylko prawda.
— Prawda nie zawsze jest wygodna.
— Ericu… — mruknęła.
Tylko on się nie zmienił. Nadal pogrywał sobie z innych, a jego zabawy męczyły. W tej chwili brakowało jej sił na ich znoszenie.
— A co się mogło z nią stać? — zapytał, błądząc wzrokiem po ciemnej dziurze. — Oczywiście Zeref wychował ją, ale smoczy gaj upadł. Nie mieli pieniędzy, więc… — zawiesił głos. — Umarła w wieku piętnastu lat, rodząc córeczkę, którą pod swe skrzydła przyjął Ren Pa. Ta uciekła do ludzi i koniec historii. — Wzruszył niewinnie ramionami.
— Nie, to nie koniec! — syknęła, rozprzestrzeniając szalejący ogień wokół dawnego gaju. — Mów!
Westchnął.
— Ty naprawdę jesteś uparta — stwierdził. — Może i mam czas, ale przyznam, że opowiadanie historii wszystkich „Lucy” jest upierdliwe.
Eric nic się nie zmienił.
— To wymień mi najważniejsze — zaproponowała. — Pamiętam, że raz prawie mi się udało wrócić, ale… — przysunęła się do krawędzi — umarłam — dokończyła.
— Zgadza się. Czterysta lat temu. Znowu stałaś się królową, choć poślubiłaś Natsu I.
— Natsu I?! — krzyknęła.
Wstała, błądząc wzrokiem między kolejnymi fragmentami skamieniałej ziemi — wszędzie takie same. Podeszła do samego drzewa. Chwyciła za jedną z gałęzi i szarpnęła za nią. Liście przeszły przez jej palce. Poleciała na glebę, uderzając się głową o kamienie. Spojrzała wrogo na drzewo. Podniosła się i tym razem przypaliła ostrożnie sam koniec, starając się, by nie spopielić całej gałęzi. Gdy oderwała się od reszty, zaczęła dziergać liście. Jedne po drugich.
Natsu I był jej mężem. A skoro tak, to Natsu i tamta Amelia dziećmi. Ciało obecnej Lucy należało do niej przez krew, która bezpośrednio przedostała się przez kolejne pokolenia. Więc przed czterystoma laty urodziła Amelię, która w jakiś sposób dała początek linii tej Lucy.
— Zgadza się — odezwał się Eric. — Natsu i Lucy to bardzo, bardzo daleka, ale rodzina.
— Słucham?! — Oburzyła się. — Czy ty próbujesz mnie oszukać? Znowu zwieść? Oszukać?
— Ja? — Wskazał na siebie. — Nigdy w życiu, Lucy. Przecież wiesz, że kocham cię nad życie, kochanie.
Znowu tak się stało. Jego słowa walnęły w serce, raniąc. Może to właśnie tak wyglądała kara? Popełniła w życiu wiele grzechów, a teraz w ramach pokuty znosiła wredne, pełne jadu żarty mężczyzny, którego kochała ponad życie. Nadal wiedział, jak ubrać myśli w słowa. Skusić, nie wysilając się.
— Wracamy do pałacu — rozkazała — ale najpierw…
Stanęła nad przepaścią, wyjmując z ognia miecz, którym zabiła się tysiąc lat temu. Dziś stracił blask. Moc odeszła wraz z ostatnim płomieniem jej życia. Wraz z nią zgasł. Jednak wciąż stanowił zagrożenie. Raz przebił, więc drugi raz mógł uczynić to samo.
Zamachnęła się i wyrzuciła daleko przed siebie. Odmęty ciemności go pochłonęły. Potencjalne zagrożenie zostało zażegnane, a Lucy w końcu mogła odetchnąć z ulgą. Przynajmniej na razie.

***

Lisanna puściła Natsu, zalewając się łzami na oczach wszystkich członków Fairy Tail. Krzykom nie było końca. Mirajane zapomniała całkowicie o Zerefie i podeszła do barku, nalewając wszystkim do kubków trochę alkoholu. Mieli co świętować.
Natsu z trudem powstrzymał od rozpłakania. Chwycił za brzeg szalika w smocze łuski i przetarł kąciki oczu. Gajeel zaśmiał się złośliwie. Podszedł do niego i z całej siły przywalił w plecy, krzycząc:
— Coś marnie wyglądasz!
— Ciebie też dobrze widzieć, pacanie jeden!
Oddał słabiej, ale również skutecznie, w gębę Gajeela. Śrubka z żelaznej ręki potoczyła się po podłodze. Lisanna złapała ją i podała Natsu. Mechaniczne ramię opadło bezwładnie.
— Daj, ja to zrobię — zaproponował Musica, tworząc z żelaznego naszyjnika śrubokręt.
Przykręcił śrubkę jednym, sprawnym ruchem i wróciła na miejsce, czekając na opowieść o tym, co stało się z Natsu po walce z generałem Katumi’m. Ten jednak milczał.
Usiadł przy stole i rozejrzał się po gildii. Zmieniło się tak wiele rzeczy. Okna zakurzyły się. Nikt przez nie ostatnio nie wyleciała. Na podłodze było za czysto. Wcześniej wszędzie porozrzucane przedmioty, piwo, ubrania zdobiły budynek Fairy Tail. Teraz panował porządek, którego Natsu się nie spodziewał.
Cana wzięła beczkę piwa i z hukiem postawiła ją przed Natsu.
— No to co? Impreza? — zaproponowała.
Pokręcił głową.
— Nie, jeszcze nie teraz.
Zmrużyła oczy i zaraz otworzyła je szeroko. Okręciła się i wzruszyła ramiona, kręcąc głową.
  Całkowicie oszalał — stwierdziła.
Minęło kilka sekund w całkowitej ciszy. Nagle gromki śmiech wydobył się z gildii. Kot odskoczył, najeżając futro i uciekł przez hałasem. Płynący w łódce mężczyźni się uśmiechnęli. Dawno nie słyszeli tak radosnych okrzyków. Miło było na starość jeszcze raz przeżyć wybuch w tej szalonej gildii, zwanej Fairy Tail.
Natsu pokręcił głową, a potem dołączył, rozbijając beczkę. Nalał do kubka porządną dawkę alkoholu i wypił wszystko za jednym razem, stawiając kubek z hukiem na stół.
— To impreza?! — zapytał.

***

Przez ponad dwa lata nie wziął do ust alkoholu. I po tym czasie wypił go za dużo.
Zachwiał się, idąc ciemna uliczką Magnolii, której nie docierało nawet światło latarni. Pojedynczy szczur przebiegł mu przez drogę, piszcząc przed goniącym go kotem. Futrzaste zwierze wysunęło pazury, podchwycając szczura i zabierając go ze sobą do młodych. W głowie Natsu świat się zakręcił. Przeszedł jeszcze kawałek, po czym padł na ścianę, zsuwając się po niej aż do samej ziemi.
— Żyjesz?
Lisanna pochyliła się nad Natsu, gładząc jego mokre czoło chłodną dłonią. Uśmiechnął się, choć uśmiech wyszedł krzywy. Tak, za dużo wypił. Oparł się o podłoże i podniósł, choć zaraz przywalił głową w stojący słup. Głowa waliła od wewnątrz. Miał ochotę uderzyć się tak mocno, by ją rozsadzić i zapomnieć o tych wszystkich bólach i migawkach.
— Jeśli jeszcze raz — nadepnął na swoją stopę — będę chciał ruszyć kieliszek, zabijaj bez wahania.
Poklepała go po ramieniu.
— Nie ma mowy! — odpowiedziała. — Odzyskałam cię, więc już nie zamierzam nigdy więcej oddawać.
— Oj, bez przesady! — Machnął rękoma. — Przecież jestem tu — zauważył.
— Tak, wiem. — Położyła dłoń na jego policzku. — Wszystko już wiem. A przy okazji, gdzie tak pędzisz? To znaczy, może gdzieś cię zaprowadzić? — zaproponowała.
Zarumieniła się. Wstała i wzięła głęboki wdech powietrza. Emocje za szybko wzięły górę. Nastrój był idealny dla miłości. Okrągły, srebrny księżyc świecił na niebie. Sklepienie oblepiły złote gwiazdy. Gdzieś w oddali zaćwierkał świerszcz. Woda szumiała, a mroczna, pusta uliczka należała tylko do niej i Natsu. Zachichotała pod nosem. Brakowało tylko trzeźwego Natsu, ale nie uznała tego za problem.
— Grób — wymamrotał.
Lisannie zrobiło się niedobrze. Pochyliła się nad wodą, powstrzymując się od wymiotów. Dlaczego Natsu chciał tam iść? Akurat do najgorszego miejsca w całej Magnolii, gdy powrócił do domu?
— Jesteś pijany, lepiej wracajmy do domu.
Chwyciła go pod ramię, prowadząc w drugą stronę. Szarpnął za jej włosy, zatrzymując w połowie stawianego kroku. Łzy napłynęły do jej oczu.
— Natsu, ty naprawdę masz dom — szepnęła.
— Nie mam. Dawno straciłem.
— Happy wciąż czeka.
— Przepraszam.
Puściła Natsu. Upadł na ziemię, przetaczając się pod samą wodę. Nie wpadł do środka, ale niewiele brakowało. Lisanna machnęła rękoma, po czym złapała się za włosy. Jeszcze raz spojrzała na chłopaka, otwierając szeroko usta i znowu zamilkła. Umiał tylko przepraszać. Czy pomyślał chociaż raz, jak wszyscy ucierpieli na ich stracie? Czy zapytał się od powrotu, co znaczy dla niej ten grób? Ile razy go widziała? Ile razy przed nim klękała?
Pragnęła o wszystko zapytać. Proste słowa nie przeszły przez gardło.
— Ok., rozumiem. Idziemy na gród, wstawaj! — rozkazała, idąc w stronę cmentarza.
— Poczekaj! — zawołał za nią.
— Przepraszam, ale nie! — wykrzyczała, podchodząc już pod gospodę pod Szarym Lisem.
Natsu pobiegł za nią, zataczając się trzy razy po drodze. Jednak oboje doszli niecałe dwadzieścia minut później.
— Proszę, oto twoja mogiła. — Wskazała na płytę grobową. — Napatrz się, a potem możesz wracać do środka!
— Oj, przepraszam, ja naprawdę nie chciałem.
— DOŚĆ Z TYM PRZEPRASZANIEM! — ryknęła.
Nerwy miała już wystarczająco zszargane.
— Kocham cię! — wyznała. — Kocham cię. Kocham cię. KOCHAM CIĘ!
Chwyciła Natsu za szalik i przyciągnęła do siebie, wbijając w usta. Pijany chłopak chwycił ją, próbując wyszarpać się z uścisku, lecz zabrakło mu sił. Lisanna nie oddychała. Nie widziała potrzeby, by w tak pięknym momencie myśleć o powietrzu. Dotknęła jego ust, pocałowała ukochanego, na którego czekała, ale…
Odsunęła się.
— Ty i tak wrócisz do Lucy — powiedziała i uciekła, zanim Natsu zdążył cokolwiek odpowiedzieć.
Przeczesał palcami sklejone włosy.
— Niech to szlag! — krzyknął, kopiąc własną płytę.
Pękła. Między jego imieniem i nazwiskiem pojawiła się szczelina. Pochylił się, przysuwając do siebie dwa fragmenty, które nie chciały się połączyć. Znowu musiał coś zniszczyć. Wiedźma Wymiarów od początku mówiła prawdę — brudził, ale nigdy nie sprzątał.
Zaszeleściło. Białe skrzydła wyrosły przed twarzą Natsu, a cienki głosik rzekł:
— Szkoda, że mnie nie odwiedziłeś.
— Ha… — zawiesił głos — ppy — dokończył ze łzami w oczach.
Złapał najdroższego przyjaciela w ramiona, wtulając się w jego miękkie, niebieskie futerko, które stało się dłuższe i miększe od ostatniego spotkania. Happy złożył skrzydła i łapkami chwycił za ramiona Natsu.
— Dlaczego nie powiedziałeś, że żyjesz?! Dlaczego?
— Bałem się. Lucy przeze mnie tyle wycierpiała, nie chciałem sprawiać innym kłopotów.
Happy pociągnął noskiem.
— Natsu, ty naprawdę wróciłeś?
— Tak, tak naprawdę wróciłem. Jestem w domu, Happy!
— A sprowadzimy Lucy do domu?
— Tak, sprowadzimy! Wiesz, że formalnie Lucy jest moją żoną? — zapytał, śmiejąc się na samą myśl, że jest żonaty.
— No to nic dziwnego, że stała się zła. W końcu z tobą nie wytrzymała! — zażartował.
— Ha ha, ale zabawne. — Parsknął śmiechem. — Dobrze cię widzieć.
— Ciebie też, Natsu…

***

Rin Ko spakował rzeczy do torby, wpychając do środka na ucisk. Z trudem zawiązał supełek. Zarzucił torbę przez ramię i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi na klucz. Jego ojciec, Ren Pa, stanął na drodze, blokując cały korytarz.
— Błagam, nie teraz, musimy…
—… pokonać Lucy, wiem — zgodził się Ren Pa. — Dlatego chcę ci dać moją siłę, synu!
Zbliżył się. Pochwycił za ramiona Rin Ko i potrząsnął nimi, składając potem pocałunek na czole syna. Blask pojawił się na czole smoka. Ciepło spłynęło na jego ciało, błogosławiąc je w imię wielkiego króla smoków światła.
Rin Ko pochylił głowę nad podłogą. Płakać czy nie? Po raz pierwszy ojciec docenił go w ten sposób. Nie skarcił. Nie skrzyczał. A nawet poparł decyzję, choć nie musiał.
— Dziękuję — wydukał jedynie, poprawiając zsuwającą się torbę z ramienia.
Odsunął się, robiąc synowi przejście.
— Nie potrzebne nam kolejne wojny — stwierdził król. — Tysiąc lat temu tam byłem i widziałem krzywdy, jakie spadły na ród smoczy. Pamiętaj: nie ufaj Ericowi. On zawsze stał tylko po własnej stronie. Robi wszystko ku własnej uciesze.
Zawahał się. Rozchylił zamknięte oczy, wydobywając z nich palący blask. Rin Ko nigdy nie ufał Ericowi, ale Lucy inaczej postanowiła. Więcej; oddała się smokowi, może nawet była już w ciąży.
Pokręcił głową.
Nie chciał nawet myśleć o tej zdradzie. Ani o Lucy.
— Ojcze… — zaczął, ale machnął na to ręką. — Postaram się powstrzymać Lucy — obiecał.
Odszedł.
Zmienił formę na smoczą, ogarniając blaskiem cały pałac. Wniósł się i zaczął pędzić ku dawnemu królestwu Starożytnego. To tam przebywała obecnie Lucy. Czuł jej zapach z oddali. Nawet po przejęciu przez Lu Xi nie zmienił się. Przemknął na miejsce z prędkością światła. Rozłożył skrzydła nad czarną przepaścią, wyhamowując przy jedynym drzewie, które jeszcze nie obumarło.
Rin Ko przemienił się w człowieka. Poprawił złotą zbroję i przymknął oczy, zatrzymując w sobie palące światło. Spojrzał w prawo i w lewo. Nie dostrzegł Lucy. Jej zapach nie znikł. Musiała tu być jeszcze chwilę wcześniej.
Przeszedł kawałek, nadeptując na przypaloną gałąź i oberwane z niej liście. Podniósł gałązkę. Magia Lucy przypaliła mu skórę. Rzucił ją za siebie, kładąc dłoń na drzewie. Zagoniła się, nim zdążył wypowiedzieć pierwsze przekleństwo.
— Lucy?! — zawołał.
Echo rozniosło się po okolicy. Wytężył słuch. Usłyszał kroki. Obejrzał się.
Komui wyszedł zza drzewa, grając na liściu okropną, nieudaną melodię. Zaśmiał się. Katherina, Tamaki, Kurtis i Katumi wyłonili się zza jego pleców. Puste spojrzenia ogarnęły Rin Ko od stóp do głowy. Odruchowo napiął mięśnie. Chcieli go zabić, czuł bijące się z nich pragnienie mordu.
— Gdzie jest Lucy? — spytał spokojnym tonem.
— A gdzie może być? — Uniósł ręce. — Przecież nie mogę pilnować jej cały czas. Przecież to tylko Lucy. A czego od niej chcesz?
— Porozmawiać.
— Porozmawiać? — powtórzył zdziwiony mężczyzna. — Przepraszam, ale to chyba pomyłka. Z logicznego, nawet i mniej logicznego, punktu widzenia jest niemożliwym byś rozmawiał — parsknął śmiechem — z najwyższą królową. Coś cię z nią łączy?
Uchylił usta, by odpowiedzieć.
— Oczywiście, że nie! — krzyknął Komui. — Bo jesteś nikim. Zupełnym zerem. I proszę, nie próbuj zbliżyć się do mojej cudownej, najukochańszej siostrzyczki. Amelia ma na imię, wiesz o tym? Pokazać ci zdjęcie?
— Kim ty…
— Jednak wybaczę ci tę drobny, choć karygodny czyn — przerwał szybko. — Ponieważ jestem łaskawym, pełnym dobroci bogiem. Zawsze nim byłem. Tak samo jak moja siostra, pierwotna siostra. Jednak znaleźliśmy się tutaj, wśród ludzi. Odradzamy się i umieramy, ale moja siostra nie odżyła. Bo całkowicie stała się Lu Xi. Może to i dobrze?
— Cisza! — ryknął Rin Ko.
— Nie, to ty zamknij mordę, śmieciu. — Łypnął zielonymi oczami. — Śmiecie milczą.
Rin Ko cofnął się. Roztoczył wokół magię światła, lecz jego smocza postać nie przybyła. Spojrzał na dłonie — wciąż były ludzkie. Za nim znajdowała się już tylko przepaść. Przed nim — armia Komui’a. Katherina zastąpiła jego prawą stronę. Na lewą przeszedł Kurtis. Jakakolwiek droga ucieczki przestała istnieć.
— Nie jestem śmieciem — wysyczał. — A mówiąc o śmieciach, od kilku minut milczysz — zażartował.
Twarz Komui’a poczerwieniała. Kiwnął na Kathrinę. Wyjęła igły zza sukni. Niebieska substancja ściekła na podłoże, które zabulgotało i wypaliło się. Kobieta przywołała piękny, kuszący uśmiech i równie niebezpieczny. Przybliżyła się. Rin Ko wyjął zza pasa miecz, ruszając na nią. Igły poleciały.
Rin Ko upadł na podłogę, po czym odbił się od niej prawą ręką, gdy Katherina już się sięgała po kolejne igły. Chwił za jej dłoń i jednym cięciem obciął. Krzyk rozniósł się po zapomnianej dolinie. Ziemia zadrżała.
Kurtis zapalił ognisty miecz, ruszając na Rin Ko chwilę później. Gorejące języki przemknęły tuż obok policzka Rin Ko. W ostatniej chwili odbił cios mieczem, który zapalił się od magii przeciwnika. Odskoczył do tyłu. Kurtis pomknął za nim, a Tamaki skoczył, wymierzając cios w plecy Rin Ko.
Postawił fragment stopy na podłożu i odbił się, znikając pozostałym z oczu. Komui strzepnął z koszuli kurz.
— Coś umie. Nie odszedł daleko, zablokowałem mu magię, no już, gońcie go!
— Tak jest! — odpowiedzieli chórem.
Tamaki wciął głęboki wdech. Spalenizna, smród wydobywający się z obciętej ręki, słodki nektar drzewa — dopierały do niego kolejne zapachy. Rin Ko był smokiem. Pachniał inaczej, nieludzko. Należał do kasty smoków światła. Wydzielał ciepło i parzący, ale nieraniący zbytnio zapach, który biegł przez pola.
— Za mną. — Machnął za pozostałych.
Podążyli za nim. Katherina została z tyłu, bacząc na swoje ramię. Wzięła ze sobą obciętą część ciała i zaczęła przytwierdzać ją za pomocą igieł — nawet po to, żeby nie zgubić jej po drodze.
Rin Ko schował się za blokiem skalnym, łapiąc za prawy bok. Dorwali go. Uniknął ciosu, lecz przez zbroję przeniknął ogień, który roztopił ją i wżarł się w ciało. Zasyczał z bólu. Pomyślał o łuskach, które mogły przynajmniej na trochę zabezpieczyć, lecz nadal nie chciały wyjść.
Gałąź trzasnęła. Obrócił się na plecach, zbierając raną cały brud, a w jego miejsce uderzył Kurtis ognistą pięścią.
— Nie uciekaj — poprosił. — Śmierć aż tak nie boli.
— Przykro mi, ale nie planowałem dzisiaj umierać. — Pokazał środkowego palca. — Muszę porozmawiać z Lucy.
Rozprostował rękę i wydusił z niej oślepiające promienie. Oczy Kurtisa zakrzyczały. Blask wypił jego spojówki, w ciągu chwili oślepiając. Złapał się za głowę i w krzyku rzucił na ziemię. Rin Ko wbił miecz w jego kart, oddzielając szyję od reszty ciała. Wyjął broń i zamachnął się, pozostawiając na ziemi szlak z rozchlapanej krwi.
Ruszył dalej, kuśtykając. Rana paliła. Wyduszała siły, szepcząc, by zatrzymał się i nie szedł dalej. Skarcił własne myśli. Błysk przeskoczył tuż przed jego nosem. Odskoczył do tyłu, tnąc mieczem na oślep. Tamaki znalazł się przed nim, wydobywając błyskawice z rąk. Rin Ko powiedział:
— Nie weź…
Włócznia przebiła jego serce. Zachłysnął się krwią i upadł martwy, nim zdążył zareagować. Komui wyjął włócznię, opierając nogę o plecy Rin Ko.
— Przyznaję, jesteś bardziej uparty niż sądziłem. A ile kłopotów sprawiasz?! — Wzruszył ramionami. — A teraz powstań i służ mi — rozkazał.
Rin Ko powstał. Rana zasklepiła się. A on wyciągnął miecze, gotowy, by służyć swojemu panu.
***

— To my zaatakujemy pierwsi! — Zeref rozłożył mapę przez przedstawicielami wszystkich gildii, szczególnie przed Fairy Tail.
Stary materiał wykruszył się na końcach, ale najważniejsze części przedstawiające czwarty kontynent pozostały nienaruszone. Zgarnął kurz z jej powierzchni. Wziął mazak i zaznaczył smoczy gaj, który obecnie już nie istniał. Przeszedł dalej i wykreślił stolicę. Nie, te tereny nie nadawały się do walk. Tam również nie znajdowała się Lucy. Smoczy gaj był dla Lu Xi jednym z najważniejszych miejsc. Pałac nie chronił jej tak, jak drzewo wróżek; nie opiekował się, nie chronił Teraz nie istniał, ale wciąż pragnęła być obok.
— Tutaj — wskazał na ruiny dawnego pałacu. — To tutaj będzie — oświadczył.
— I nie będzie sama? — zapytała Erza zmęczonym głosem. — Jak wielu przeciwników możemy oczekiwać? Smoczej armii?
Zeref pokręcił głową.
— Nie mam pojęcia — odpowiedział szczerze. — Wiem tylko, że smoki nie są łatwe. Walczą. Są urodzonymi wojownikami. Zawsze chcą, by rządził nimi najsilniejszy.
— W takim razie… — wtrącił Gajeel. — Jeśli pokonamy któregoś z królów, to zyskamy władzę nad całą armią smoczą?
— Ee — wyjęczał Zeref — tak. Ale nie macie szans z żadnym z królów. — Splótł palce u dłoni. — Jesteście za słabi. Pokonaliby was w chwilę. Jednak już wspomniałem, że smoki nie poddadzą się panowaniu Lucy tak łatwo. Część smoków wciąż ją pamięta z czasów, gdy była Lu Xi.
— W takim razie od razu się do niej przyłączą — zauważyła Lisanna.
— Nie — zaprzeczył. — Tysiąc lat temu podpisali pakt z Lu Xi, który miał chronić obie rasy. Ten pokój miał trwać wiele lat, ale został złamany. Nie ufają sile Lu Xi. Nie staną po jej stronie. Znałem ją. Chce zniszczyć ludzi, aby udowodnić smokom, że jest silna.
— To kogo możemy się spodziewać? — zapytał Natsu.
— Na pewno Erica — powiedział bez chwili zawahania.
— Erica — powtórzył Natsu. — Przepraszam na moment.
Oddalił się. Podszedł do pierwszej, napotkanej na drodze skały i cisnął w nią metalową ręką, rozłupując w pół. Zdusił w sobie gniewny krzyk, zaciskając żeby tak, że zagrzechotały. Złapał kamień i rzucił go przed siebie, potem kopnął w ziemię i opadł zmęczony. Eric.. Nienawidził go. Szczerze nienawidził. Był pierwszym smokiem, którego chciał zabić. Czy miał jakieś szanse? Zapewnie nie.
Podniósł się, otrzepał i wrócił do pozostałych, napotykając już na wejściu pełne zdziwienia spojrzenia.
— Coś się stało? — zapytał, podejrzewając, że ktoś poruszył niewygodną kwestię.
— Znasz tego Erica? — Zaciekawiła się Erza. — Powiesz nam coś o nim?
Przewrócił oczami i wstrzymał oddech. Akurat tę kwestię wolał przemilczeć.
— Przepraszam, ale… — zaczął.
— Nie ma żadnego „ale”! — Gajeel walnął pięścią o stół. — Czy nie rozumiesz, że walczymy tutaj o nasze życia? O nasze rodziny?
Natsu przetarł spoconą twarz.
— Dobrze, powiem wam wszystko. — Poddał się. I tak ukrywanie takiej głupoty nic mu nie dawało. — Lucy przespała się z Ericiem. Dosłownie, nie w przenośni. Seks.
— Zaraz… — wtrąciła się Erza, rozmasowując skronie. — Czy ty chcesz nam powiedzieć, że ją… podglądałeś?
— Nie, nie! To nie tak!
— Jasne. — Gajeel prychnął. — Tak, tak, ja wszystko rozumiem.
Levy trzepnęła męża w bok.
— Jeszcze słowo a opiekujesz się Gale’m przez noc — zagroziła.
— Ale…
— Żadnego „ale”. — Wystawiła przed nim palec. — Cisza. A ty Natsu kontynuuj — zachęciła spokojnym głosem.
— Dziękuję. — Zmrużył oczy ze zdziwienia. Odchrząknął. — Zgadza się. Obserwowałem Lucy z pieczary Wiedźmy Wymiarów. Ja… Ja po prostu nie spodziewałem się, że zdecyduje się na taki krok. Ten pobyt wśród smoków zmienił ją.
— Zmienił ją?! — oburzył się Musica. — Natsu, ty w ogóle jesteś świadomy, jak ją traktowałeś w czasie naszej podróży? Jak jakiś… — zastanowił się — cień. Starała się, walczyła, uczyła, opiekowała tobą, a ty zawsze chciałeś zostawić ją za sobą. Nie wiem, co się wydarzyło w królestwie smoków. Ale tak czy siak, to ty ją odrzuciłeś!
Uderzył go palcem w pierś, zmierzając wzrokiem. Natsu nie powiedział choćby słowa na własną obronę. Pochylił głowę nad mapą i westchnął ciężko.
— Wystarczy — nakazała Erza. — Przejdźmy do ważniejszych kwestii.
— Nie, to są ważniejsze kwestie — zauważył Zeref. — Lucy wciąż tam jest. To jej ciało. Lu Xi nie mogła jej w pełni przejąć. Granie na jej emocjach może pozwoli nam jakoś zyskać na czasie.
— Więc proponujesz, żebyśmy wysłali tam Natsu w worku? — spytała Erza, niepewnie wypowiadając ostatnie słowa. — Żeby ją sprowokować?
— Niekoniecznie sprowokować, ale przynajmniej odwrócić uwagę. I nie mówiłem nic o żadnym worku — dodał pospiesznie. — Innego planu nie mamy. I tak wszystko stracimy, jeśli faktycznie Eric zdecyduje się uczestniczyć w walkach. Nawet smoki żyją w obawie przed nim. Tysiąc lat temu był potężny. Dziś… — Pokręcił głową. — Nie umiem sobie nawet wyobrazić, do czego jest zdolny.
Nastało milczenie. Nikt nie był gotowy na poświęcenie, a także na walkę, która spadła na nich nieoczekiwanie. Fairy Tail chciało tylko odzyskać przyjaciół. Wkrótce mieli walczyć o życie.

***

Lucy okrążyła łóżko, po raz kolejny poprawiając pościel, która już była idealnie wygładzona. Żadnego zagięcia, równo ułożona jakby chwilę wcześniej została wyprasowana. Nie przestawała. W pokoju nie znajdowało się nic, czym mogłaby się zająć. Współczesny język był jej obcy, z okna widziała jedynie ogarniający zewsząd mrok. Zapowiedzianą pełnię księżyca przysłoniły burzowe chmury. Piorun trzasnął. Podskoczyła w miejscu. Jej trzewik zahaczył się o kant stolika. Lucy przewróciła się na łóżko. Poduszki uciekły na podłogę, a cala pościel załamała się pod jej ciężarem.
Zmrużyła zmęczone od czekania oczy. Ile jeszcze godzin pozostało do świtu? Ile jeszcze obiecanych dni pozostawiła ludzkości? Pogubiła się we wschodach słońca i zachodach. Dzień wydawał taki krótki. Tysiąc lat wcześniej trwał i trwał, dając jej czas na ogarnięcie wszystkich obowiązków, jakie spoczywały na jej barkach. Miała czas na przyjemności, spotkania z Ri Hanem w smoczym gaju, rozmowę z przedstawicielami rządów… Obecnie siedziała w pokoju, nudząc się.
— Eric? — szepnęła. — Eric?
Jej łoże było gotowe. Ona była gotowa. Mimo to Eric nie zajrzał do niej ani razu. Zdegustowana jego zachowaniem chwyciła za pochodnię i wymknęła się ze środka, schodząc na parter, gdzie paliły się dwie świece. Ri Han siedział przywiązany do jej dawnego tronu, spoglądając na rozpadający się sufit.
— Kiedyś wyglądało to inaczej — odezwał się, po czym zaśmiał. — Coś się stało, królowo? Może znowu mam spełnić jakiś… — urwał w połowie — „obowiązek”? — dokończył, zniżając głos.
Zacisnęła dłoń na pochodni. Podeszła bliżej, zamierzając się, by cisnąć pochodnią w tę uśmiechniętą buźkę Ri Hana. Wymierzyła raz, potem drugi, lecz ręce opadły jej ze zmęczenia. Usiadła na najniższym schodku, podciągając przydługą suknię ku górze. Obejrzała pomieszczenie. Kolumna podtrzymująca sklepienie kiwała się na boki, rozłupując za każdym, choćby najmniejszym ruchem o kolejny kawałek. Pozostałe były u kresu swej wytrzymałości. Strzępy flag walały się po podłodze, przykryte warstwą starożytnego kurzu i krwi, którą przelano w czasie wojny. Napis „tylko ludzie” widniał na wschodniej ścianie, tuż nad wejściem do korytarza, wyryty trwale. Prychnęła. Zniszczenia zadane ludzką ręką trzymały się trwale, w przeciwieństwie do smoczej chwały.
Założył kosmyk za ucho. Zacisnęła wargi. Łzy poleciały po policzkach. Upadła na kolana, błagając, by nadeszła burza. By deszcz przedostał się do środka i zmył jej łzy, a grzmoty zagłuszyły krzyki.
— Co się tu stało, Ri Hanie? Dlaczego? — wydusiła, jej głos zadrżał.
Odwrócił od niej wzrok, ale po chwili spojrzał wzrokiem pełnym goryczy.
— Uciekłaś! — oskarżył ją. — Uciekłaś i zostawiłaś cały nasz lud na pastwę… — Nie znalazł właściwego słowa. — Wygodniej było ci zostawić nas i uciec. Nie walczyć.
— Ale dziecko — szepnęła, a jej głos odbił się echem. — Zrobiłam to, by nasze dziecko mogło przeżyć.
— Nasze dziecko… — Wyprostował się. — Jakie dziecko?
— Ja jestem córką Starożytnego. Wróżki wyjęły ze mnie jajko.
— Smok? Ty w połowie smokiem?
— Tak, dowiedziałam się o tym od Erica.
— Na przeklęty ogon Starożytnego! — ryknął na całe niebiosa. — Ty idiotko, dałaś mu się zmanipulować!
— Nie, nie, on mnie…
—… kocha? — dokończył pytająco. — Kocha jedynie swoje wielkie ego. Znałaś go tylko kilkanaście lat. Ja go znam od ponad tysiąca.
— Nie. — Wstała. — Eric naprawdę chciał mnie ocalić.
— Nie wiem, co on planuje, ale Lu Xi… — zacisnął powieki — on cię zabije.
— NIE!
Lucy wyszła z pomieszczenia. Pęknięcie pogłębiło się w kolumnie, tworząc wyrwę, która puściła całe sklepienie na podłogę. Ri Han wezwał ogień, który ochronił go przed zmiażdżeniem. Zakaszlał, a potem obejrzał się za dziewczyną — nawet nie przyszła sprawdzić, czy jeszcze żyje.
Nudził się.
Pokiwał głową na boki, lecz jednolity obraz okazał się mało imponującym zajęciem. Widział to miejsce już setki razy. Każdego roku przychodził do dawnej komnaty królewskiej, składając kwiaty przed tronem na cześć jego królowej. Chciało mu się rzygać. Przez tysiąc lat otaczał ją czcią. Uczył młode smoki, by pamiętały o wielkim poświęceniu ludzkiej królowej, która marzyła uczynić świat smoków lepszym. Jej śmierć była męczeńska — powtarzał młodziakom.
— Żałosny jestem.
— Zgadzam się, Ri Hanie.
Zerwał się nagle silny wiatr.
Rozerwane sklepienie odsunęło się, a zza stosu skał wyszła Wiedźma Wymiarów. Nadęła bordowe wargi i przybliżyła się do króla smoków, głaszcząc jego zarośnięty policzek.
— Oszukała cię? — zapytała.
— Nie, skądże — rzekł ironicznie. — To tylko taka zabawa przedmałżeńska. Polecam ci serdecznie. Nie usiądziesz nigdzie przez kolejne tysiąc lat.
Pacnęła go w tył głowy.
— Przestań zachowywać się jak dziecko. Ty i Natsu to jednak jedna krew. Poczucie humoru jak cholera! — syknęła.
— Jedna krew? — powtórzył pytająco.
— Zgadza się Ri Hanie, Natsu to twój potomek. Twój i Lu Xi — dodała. — Lucy także jest twoją…
— To dlatego są do siebie tak podobne — przerwał kobiecie. — To dlatego Lu Xi mówiła o dziecku. Ona naprawdę urodziła mi córkę? I nic… — Słowa ugrzęzły w gardle. Ich dziecko przeżyło piekło, bo nikt nie wyjawił mu prawdy? Ukrywał się początkowo przez wiele lat. Ledwo przeżył dzięki pomocy smoków ognia. Jednak jego dziecko, w dużej części smoka, przyjęliby z otwartymi ramionami.
Wiedźma usiadła na rozłupanym fragmencie kolumny, kilka razy poprawiając ułożenie ciała. Odpowiednia pozycja schowała się wśród grudek i ostrych krawędzi, więc zeskoczyła, przypadkowo stając w kupce kurzu.
— Skończyłeś żale? — spytała, gdy czas do namysłów się skończył.
— Trochę. — Objął pustym wzrokiem kobietę. — I dlaczego teraz się o tym dowiaduję?!
— Nie krzycz! — rozkazała. — To twoja wina. Nawet nie zainteresowałeś się dzieckiem. Poza tym było bezpieczniejsze z dala od ciebie. Stałeś się królem i chwała ci za to. Nie miej żalu do innych za swoje pomyłki. Tak samo Natsu — fuknęła. — Narobi bałaganu, ale już po sobie nie posprząta.
— Żeby coś posprzątać, trzeba wiedzieć, że się nabałaganiło, a niektórzy tego po prostu nie zauważają!
— Tak, tak… — machnęła ręką — już nawet nie próbuj się usprawiedliwiać. Poza tym przyszłam w innej sprawie. Chcesz wypowiedzieć życzenie — stwierdziła.
— Podaj cenę.
— Nie! — opowiedziała. — Cena nie gra roli, gdy nie można dostać coś w zamian. Ri Hanie… — złapała go za barki — ty już nie możesz mi oddać. To koniec.
Puściła go i zniknęła, gdy mrugnął. Szarpnął za liny, lecz te nie puściły. Spróbował jeszcze raz i dalej nic. Lu Xi uwięziła go tu na dobre. Nie mógł uwolnić się. Nie mógł ostrzec smoków. Nie mógł nawet wypowiedzieć życzenia…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Byłeś, przeczytałeś ?
Zostaw ślad po sobie.
Dla ciebie to tylko chwila, a dla mnie kamień z serca, że ktoś coś napisał :)