27 maja 2017

Rozdział 57

Rozłożyła ręce na boki i skierowała otwarte dłonie w przeciwne kierunki. Wzięła głęboki wdech, skupiając całą magię w dwóch punktach, z których zaczęły wystrzeliwać płomienie. Wahała się, ale inne wyjście nie istniało. Ogień wystrzelił z jej dłoni, łącząc się z szalejącym wiatrem Natsu w jedno. Padały iskry, jedna za drugą, a płomyki delikatnie łączyły się w jedność z mocą Natsu. Precyzyjnie i bez gwałtownych ruchów kontrolowała przepływ ognia we własnym ciele, oddychając miarowo. Każda pomyłka mogła doprowadzić do poparzenia towarzyszy, każdy błąd dałby przeciwnikowi szansę na kontratak, a to była ostatnia rzecz, do której chciała dopuścić.
Członkowie załogi zatrzymali się w bezruchu, obserwując piękne ogniki, które tańczyły wraz wiatrem Natsu. Pojedyncze języki ognia wyłaniały się spoza tornada i opadały przed ich stopami. Mimo bliskości tego ciepła, nie czuli na sobie choćby najmniejszych poparzeń. Lucy zaskakiwała ich coraz bardziej. Lecz obawy również narastały w ich w sercach przez niewiedzę, której doznali. Pierwszy raz ujrzeli potęgę Lucy, która wyłoniła się bezpośrednio z jej ciała. Nie z broni, nie z pożyczonej mocy, a pierwotnej umiejętności, z którą się narodziła.
Lucy musiała zakończyć przedstawienie, które sama rozpoczęła. Zamknęła przepływ magii i ruszyła przed siebie, nie obawiając się, że moc Natsu ją zaatakuje. Ten jeden raz wierzyła — nie w przyjaciela, Musicę, Kurtisa czy kogokolwiek innego — tylko w samą siebie.
— Katumi, idę do ciebie — ostrzegła przeciwnika. — I tym razem chcę się w końcu dogadać.
Użyj mnie, szepnął w jej myślach tajemniczy głos. Jednak Lucy jedynie wcisnęła naszyjnik głęboko w kieszeń i ruszyła na szalejący wicher, który w ostatniej chwili przed zetknięciem, rozsunął się. Wściekła i zarazem zdeterminowana zatrzymała się dopiero przy samym Katumi’m i oświadczyła:
— Jestem tu, by dobić targu.
Przeciwnik pochylił się nad nią i szepnął:
— To nie targ, kochana.
— Wiem to aż za dobrze.
Ścisnęła dłoń w pięść i zadała porządny cios w żołądek, równocześnie zaciskając wolną rękę na rękojeści miecza. Katumi zgiął się, starając nie pokazać po sobie, jak wielki ból sprawiła mu nastolatka. Podniósł się, lecz zaraz kolejne uderzenie padło, tym razem w twarz. Bez cienia wątpliwości czy skruchy atakowała już od dawna martwego przeciwnika, wiedząc, że tylko w ten sposób zakończy walkę. On nie żyje, on nie żyje, powtarzała bez wytchnienia, pamiętając o mocy tajemniczego La Pradleya. Śmierć była częścią życie, elementem, bez którego równowaga zostałaby zachwiana. Wskrzeszanie ludzi należało do praktyk zakazanych przez magów, a jednak znalazł się ktoś, kto złamał odwieczne prawo.
— Lucy, przestań! — krzyknął Natsu, biegnąc w jej stronę.
„Uciekaj, głupcze” — chciała powiedzieć, lecz głos ugrzązł jej w gardle. Ten jeden raz chciała wygrać sama, bez najmniejszej ingerencji osób trzecich. Jednak zbliżające się kroki sprawiały, że traciła nadzieję na własne zwycięstwo.
Kurtis rzucił się z mieczami na brata, odpychając go na znaczną odległość, by w tym czasie Natsu mógł pochwycić Lucy i zabrać ją na bezpieczną odległość. Wściekła dziewczyna wyrywała się, krzyczała, by ją zostawili, lecz na nic nie zdały się jej błagania.
Proszę, proszę, kolejny, złowrogi szept rozległ się w jej umyśle. Prawie koniec, błogi koniec. Zabij. Zniszcz. Uwolnij. Nie rozumiała tak wielu rzeczy, ale wiedziała, co ma czynić dalej.
— STOP! — wrzasnęła, zatrzymując się gwałtownie. — Proszę, Natsu.
Przybliżyła się do chłopaka, kładąc rękę na jego torsie. Drugą natomiast musnęła policzek Natsu. Kochała go — na swój, trochę nienormalny, sposób, ale kochała. Wiele zmieniło się, od kiedy razem musieli uciec z ich domu; począwszy od wyglądu, a kończąc na charakterze i uczuciach. Gdyby pozostali w gildii, musiałoby minąć zbyt wiele czasu, aby w końcu zrozumiała, jak ważny jest dla niej Natsu.
— Kocham cię — szepnęła, łącząc się z ukochanym w długim, namiętnym pocałunku — i przepraszam.
Zdezorientowany Natsu nie potrafił znaleźć właściwych słów. Dotknął policzka Lucy i przybliżył do siebie jej usta, składając na nich delikatny pocałunek. Ten jeden raz pozwolił sobie na chwilę nieuwagi. Uczucia eksplodowały w jego sercu wraz z wątpliwościami, czy na pewno postępuje słusznie. Bo czy naprawdę ją kochał? Uśmiechnął się ciepło, niemal tak samo jak we wspomnieniach dziewczyny, po czym szepnął:
— Uciekaj. – Zamyślił się chwilę i wtedy dotarło do niego, że na swój głupi sposób zawsze coś czuł do dziewczyny. Jednak dopiero cierpienie doprowadziło do rozwoju tego uczucia, które teraz pozwoliło mu podjąć właściwą decyzję.
Odwrócił Lucy i popchnął ją prosto w otwarte ramiona Musici. Mężczyzna pochwycił ją w silnym uścisku, z którego nie mogła się wyrwać, i zaczął prowadzić ku reszcie załogi. Obok nich kroczyła tylko Akira, co chwilę zerkając na walczącego Natsu i Kurtisa. Wzrok wojowniczki był niepokojący. Łączył się z wątpliwościami, które zakwitły w jej sercu. Momentami niemal zatrzymywała się, chcąc odwrócić się i wspomóc przyjaciół. Jednak z drugiej strony wiedziała, że jej pomoc zostanie odebrana jako próba ucieczki…
— Puść mnie! — wrzasnęła Lucy. — On mnie nie zabije! Błagam, Musica!
— Przepraszam, ale… — Zamilknął.
Rozległ się donośny huk.
Obok trójki załogantów przelecieli Natsu i Kurtis, rozbijając kamienną kolumnę, która wystawała znad piasku. Obolali mężczyźni wstali, otrzepując się. Jednak kolejny atak nastąpił nieuchronnie. Katumi ciął mieczem w szaleństwie, nie dając najmniejszej okazji przeciwnikom na kontratak.
— I co, braciszku? — zapytał Katumi. — Już im powiedziałeś, jak to było w naszej wiosce. Jak czerwony smok nauczył cię magii ognia, a później wioska postanowiła się go pozbyć? Pamiętasz, kto wbił miecz w jego ciało? Pamiętasz, kto zabił Igneela, braciszku?
Ostatnie pytanie wstrząsnęło Natsu. Spojrzał z niedowierzaniem na Kurtisa i, mimowolnie, odsunął się od niego. Skrzywił się i przybliżył do Lucy, nie znajdując odpowiednich słów. Kurtis nie zaprzeczał, nie szukał wymówek, po prostu szeptał „przepraszam”.
— Oj, oj, braciszku! — ponownie odezwał się Katumi. — A pamiętasz, co potem zrobiłeś? Ja jakoś tego nie kojarzyłem, ale ZABIŁEŚ MNIE! — ryknął. — Zabiłeś własnego brata — powtórzył spokojniej.
Oderwał się od powietrzni i niemal zniknął w blasku zachodzącego słońca. Przerażony Kurtis rozejrzał się wokoło, ale jego oczy nie dostrzegły brata. Próbował odnaleźć brata, gdy nagły ból przeszył jego tors. Poczuł ciepło. Zakaszlał, po czym pochylił głowę. Z jego ciała wystawał kawałek ostrza zbroczonego we krwi. Nie krzyczał, nie błagał o litość, nie kontratakował…. Po prostu stał, godząc się ze swoim nędznym losem.
Katumi pochylił się nad bratem. Uśmiechnął się blado, ale po chwili po jego policzkach spłynęły łzy. Oparł się czołem o plecy Kurtisa i całkowicie oddał się rozpaczy.
— Przepraszam, ja… — zaczął, ale już nie dokończył.
Gwałtownie wyjął miecz z ciała brata. Spojrzał na zakrwawione ostrze i zaczął energicznie nabierać i wypuszczać powietrze. Nie tak to miało wyglądać, pomyślał, zahaczając stopą o leżący na jego drodze kamień. Zachwiał się i upadł na plecy.
— Kochałem cię! — wrzasnął Katumi. — Kochałem, idioto! Nie mieliśmy rodziny, marzyliśmy, by stać się żołnierzami w przyszłości, trenowaliśmy każdego dnia, a ty mi nawet nie powiedziałeś, że smok nauczył cię magii? JAK!? Wymordowałeś wszystkich! Nawet mnie… — dodał ciszej. — Ja naprawdę marzyłem, by wszystko się ułożyło… — Zamilknął. — Po cholerę my znaleźliśmy te miecze! To one nas zabiły!
Lucy w końcu wyrwała się z uścisku Musici. Pognała w stronę Katumi’ego i przysiadła naprzeciw niego. Akira też nie miała zamiaru czekać. Póki Kurtis dychał, pragnęła go uratować. Złapała go w swoje ramiona i zaczęła leczyć magią wody, ale jej starania nie przynosiły żadnych skutków; Kurtis umierał.
— Dlaczego? — szepnęła Akira.
Jedyną osobą, do której docierała powaga sytuacji, była Lucy. Dopiero w tym momencie zaczęła rozumieć, że znaleźli się w tym miejscu przez człowieka, którego tożsamości nie znali. La Pradley — jedynie imię mówiło im, że mają do czynienia z konkretną osobę. Ale nawet z tymi informacjami, nikt nie posiadał pewności, że to prawdziwa tożsamość przeciwnika…
Powtarzała sobie, że to ona musi zakończyć ten niekończący się koszmar.
Wystawiła przed siebie naszyjnik, który wciąż trzymała mocno w dłoni. Spędziła z minutę na zwykłym gapieniu się w niego, aż pojęła, że musi go zniszczyć. To od niego zaczął się koszmar wojowników sprzed czterystu lat, który miał wpływ na nią i Natsu. On stanowił powód, dla którego narodziły się Święte Bronie.
— Czy jeśli go zniszczę, to uwolnisz ich? — spytała szeptem, licząc, że Wiedźma Wymiarów ją usłyszy.
NIE RÓB TEGO! — wrzasnął tajemniczy głos w jej głowie. — Nauczyłam cię wszystkiego, tylko dzięki mnie byłaś w stanie zapanować nad swoimi umiejętnościami!
— Wiem, ale to koniec — powiedziała Lucy.
Kilka osób spojrzało z zaciekawieniem na Lucy przez moment, ale zaraz ich wzroki skierowały się w stronę przeciwników — to była okazja dla dziewczyny. Ścisnęła jeszcze mocniej przeklęty naszyjnik. Wkładała całą siłę w zniszczenie go, ale wewnętrzny głos wciąż próbował ją od tego odwieść.
Nie, nie, nie. Jesteśmy przyjaciółkami, zostaniesz sama, jeśli mnie zniszczysz! — mówił.

Lucy uśmiechnęła się smutno.


Przepraszam za opóźnienia, ale po prostu tak wyszło. Za tydzień ukaże się OSTATNI rozdział tomu 1. Mam nadzieję, że będziecie go wyczekiwać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Byłeś, przeczytałeś ?
Zostaw ślad po sobie.
Dla ciebie to tylko chwila, a dla mnie kamień z serca, że ktoś coś napisał :)